donuts-and-milkJak dobrze, że minęło pączkowe szaleństwo, chociaż część pań na pewno w czasie weekendu będzie nadrabiała zaległości. W tym roku zajadałam się pączkami, tyle co wyciągniętymi z tłuszczu. Niebo w gębie! No tak, ale zanim tę rozkosz poczułam, trzeba było pączki zrobić.

Na szczęście mój kolega sam się zaofiarował, że upiecze. W końcu jest cukiernikiem. Pomyślałam, że przynajmniej będę miała fajny przepis. Trzeba, mniej więcej, dwa kilo mąki. Mniej więcej, bo trochę zostało w torebce. Kilka jajek, trochę soli. Cukru tak na oko z półtorej szklanki. Tu zależy, czy ciasto będzie dość słodkie. No i oczywiście drożdże.

Gdyby ktoś miał problem z określeniem, ile to jest trochę, to podaję odpowiednią definicję, którą dostałam od przyjaciela: Trochę to mniej więcej pierwiastek kwadratowy z czterdziestu ośmiu, pomnożony przez sześciokrotność liczby pi, wyciągnięty poza nawias i podzielony przez siedem, a następnie podniesiony do potęgi drugiej i dodany do różnicy iloczynu pierwiastka sześciennego z trzydziestu sześciu i ilorazu liczb pięć i czterdzieści osiem. Mniej więcej…

Niecały litr mleka, prawie kostka margaryny i większa połowa cukru wanilinowego. Tu przypomina mi się anegdota, o nauczycielu, który tłumaczył uczniom, że nie ma większej i mniejszej połowy. Połowy są zawsze równe. Widząc miny uczniów machnął ręką ze stwierdzeniem – Nie będę wam tego tłumaczył, bo i tak większa połowa tego nie zrozumie.

Jak już wszystko jest jasne, po takim precyzyjnym wyjaśnieniu, zabieramy się za wyrabianie ciasta. To musi niestety trwać, a potem jeszcze się czeka, aż ciasto wyrośnie, więc jest czas na kawę, bez pączków i kolejny odcinek opery mydlanej. Szczęście, że nie mam telewizora już od kilku ładnych lat, więc czytam Głos Leszna.

Po krótkiej lekturze zaczyna się najtrudniejsza praca, czyli nadziewanie pączków. Myślałam, że potrafię to robić, ale okazuje się, że nie. Za to perfekcyjnie wychodziły mi pączkowe ludziki. Potem chwila w gorącej tłuszczowej kąpieli, lukier i można się zajadać.

Tak dobrych pączków nie jadłam nigdy w życiu. Prawie natychmiast zniknęła większa połowa, bo każdy chciał spróbować. Trochę się nauczyłam. Mniej więcej znam przepis. Tak na oko to nie jest trudne, za to rozkosznie smaczne.

Jolanta Bartoś, Leszno, 6 lutego 2016