Po meczu Unia-Sparta: Kibic nie jest workiem treningowym dla cudzych emocji (opinia)

Po meczu Fogo Unii Leszno z Betard Spartą Wrocław najłatwiej jest powiedzieć: „kibice znowu nie wytrzymali”. To wygodne, proste i medialnie nośne. Butelki poleciały z trybun, więc winni są ci, którzy je rzucili. Koniec dyskusji.

Tyle że w sporcie, zwłaszcza takim jak żużel, rzadko wszystko jest aż tak proste.

Oczywiście, zacznijmy od rzeczy podstawowej: rzucanie przedmiotami w zawodnika jest niedopuszczalne. Żaden zawodnik, niezależnie od barw, nazwiska i wyniku meczu, nie powinien być obrzucany butelkami.

Ale skoro mamy być uczciwi, to powiedzmy też drugą część prawdy: kibice nie wybuchli sami z siebie.

Jeżeli zawodnik gości po wygranym meczu ostentacyjnie celebruje zwycięstwo przed sektorem najbardziej zagorzałych fanów gospodarzy, to trudno udawać, że jest to tylko niewinna radość. W żużlu każdy dobrze wie, gdzie jest młyn, jaka jest temperatura meczu i jakie emocje potrafi wywołać porażka w ważnym meczu. Zawodnicy nie są dziećmi zagubionymi na stadionie. To profesjonaliści. Wiedzą, co robią. Wiedzą, gdzie jadą. Wiedzą, przed kim wykonują gesty.

A jeśli wiedzą, to muszą brać za to odpowiedzialność.

Problem polega na tym, że od kibiców często wymaga się pełnej samokontroli, a zawodnikom daje się taryfę ulgową pod hasłem: „emocje po meczu”. Tylko że emocje działają w obie strony. Skoro zawodnik ma prawo do ekspresji po zwycięstwie, to kibic również przeżywa porażkę swojej drużyny. Różnica jest taka, że zawodnik jest w pracy. Kibic jest po stronie emocji. Zawodowiec powinien więc tym bardziej wiedzieć, kiedy radość zmienia się w prowokację.

Nie chodzi o to, by żądać od sportowców bezbarwności. Sport bez emocji byłby martwy. Radość jest naturalna. Celebracja jest częścią widowiska. Ale jest różnica między świętowaniem ze swoimi kibicami a demonstracyjnym cieszeniem się pod sektorem rywala. Zwłaszcza rywala, który właśnie przełknął bolesną porażkę.

I tu dochodzimy do sedna: kibiców bardzo łatwo potępić zbiorowo. „Dzicz”, „patologia”, „skandal”. To nieuczciwe uproszczenie.

Kibice Unii Leszno mają prawo czuć się sprowokowani. Mają prawo uznać zachowanie zawodnika gości za brak szacunku. Mają prawo gwizdać, krzyczeć, buczeć i dawać do zrozumienia, że pewnych gestów się w Lesznie nie akceptuje. Nie mają prawa rzucać butelkami i tego bronić nie można. Ale można bronić ich przed narracją, w której są jedynymi winnymi całej sytuacji.

Stadion to nie laboratorium. To miejsce zbiorowych emocji. Kto świadomie wkłada kij w mrowisko, nie może później udawać, że dziwi go obecność mrówek.

Leszno nie potrzebuje obrony butelek. Tego obronić się nie da. Leszno potrzebuje jednak obrony przed łatką miasta, którego kibice „nie potrafią przegrywać”. Bo to zbyt proste i zbyt krzywdzące. Kibice przegrywali już wiele razy. Przeżywali spadki formy, bolesne porażki, rozczarowania i mecze, po których chciało się milczeć. Ale czym innym jest porażka, a czym innym sytuacja, w której ktoś przyjeżdża na twój stadion, wygrywa, a potem ostentacyjnie świętuje pod nosem tych, których właśnie najbardziej zabolało.

Kibice, którzy rzucali butelkami zasługują na potępienie, ale zawodnik również powinien usłyszeć, że profesjonalizm nie kończy się na zdobywaniu punktów. Obejmuje także umiejętność wygrywania z klasą.

Bo w sporcie nie tylko porażki pokazują charakter człowieka. Zwycięstwa również.

Czytaj także: