polski trudnyNiedawno jadąc pociągiem czytałam felieton Artura Andrusa (który często mi towarzyszy w podróży) dotyczący poprawności pisania wiadomości smsowych i mailowych. Pan Artur pisał, że „Powinniśmy tępić smsy, których nadawca nie używa „ą”, „ę”, „ł”, „ń” itp.”. Zgadzam się z Panem Arturem, że pozbawienie mowy polskiej wszelkich ogonków, kreseczek i kropek jest po prostu świętokradztwem.

Zdążyłam się już przyzwyczaić do takich wiadomości, choć czasami trudno jest rozszyfrować, co nadawca miał na myśli. Więc czytam kilkakrotnie wiadomość, dodając te haczyki i kreseczki, żeby wyszła logiczna całość. To jak kalambury. Masz wszystko napisane, więc znajdź sens wypowiedzi…

A z drugiej strony moja komórka też nie wysyła polskich liter, choć powinna bo ma je w menu. Niestety osoby pracujące w punktach sprzedaży lub serwisach są chyba z łapanki, bo nikt nie potrafił mi pomóc z tym problemem. Nawet jeden z panów pracujący w sieci, z której mam telefon, dał mi radę wartą wszystkich pieniędzy – „Niech pani przeczyta instrukcję, tam wszystko jest napisane.” No i co, da się wybrnąć z niewiedzy zwalając winę na klienta?

Koleżanka przysłała mi smsa o treści „muj monsz jedzie do curki wienc ci podrzuci za 10 minut ten krem Bandz przed blokiem” Boże! Dziesięć minut próbowałam rozszyfrować co znaczy „muj monsz”?!

Takich przykładów można by mnożyć. Nie używamy polskich liter i jeszcze na dodatek przekręcamy brzmienie polskich słów. „Wypijesz ze mną kafke?” A co to jest „kafka”? Bo kawę owszem lubię i to nałogowo, ale kafki jeszcze nie piłam. Chyba nie chodziło o Franza Kafkę, bo jego (dzieła) można tylko przeczytać…

Ok., powiecie, że to taki żart. O ile mogę zaakceptować brak polskich liter w smsach (bez przekręcania słów), to mail bez ogonków, kreseczek i jeszcze z fonetycznymi znakami mnie denerwuje.
Wkurza mnie, gdy kolega pyta swoich prawie ośmioletnich synów „Chcesz pitku? Kolażkę czy odziundziadkę?” (Napisałam to fonetycznie, bo nawet nie wiem, jak takie słowa się pisze). Nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać. Sami uczymy i wpajamy dzieciom, że taka mowa jest poprawna, bo one tak samo mówią, jak my.

Nie jestem alfą i omegą w polskiej mowie, choć staram się pisać poprawnie. Wstyd mi, gdy popełniam błędy, bo jakoś nie wypada.

Ostatnio wysłałam do przyjaciela smsa o treści „Byłam biegać”. Rozbawiłam go moją logiką. Często mówię „idę pobiegać”. Ok., nie można iść i biegać jednocześnie, ale już śpieszę z wyjaśnieniem, że w kobiecej logice oznacza to tyle, że muszę wyjść z bloku (zejść z czwartego piętra, po schodach nie biegam), potem biegnę wyznaczony dystans i wracam. Tymi samymi schodami, tyle, że w górę. Tu o bieganiu już nie ma mowy, nawet o chodzeniu. A więc suma summarum – byłam biegać. Nie wiem komu była potrzebna reanimacja, czy mnie z powodu wysiłku, czy mojemu przyjacielowi w skutek śmiechu spowodowanego pokrętną logiką blondynki.

Odbiegłam troszkę od tematu, więc zostawię Państwa w tej rozterce literowo – logicznego pisania, czy też mówienia. Chciałabym tylko podkreślić, że nasza polska mowa jest piękna, bogata i rzadka, więc powinniśmy o nią dbać. Ileż uśmiechu wywołuje obcokrajowiec próbujący powiedzieć „w Szebrzeszczynie…”

Wyobraźcie sobie, że ten felieton napisałam w formie smsa, bez polskich znaków… Taki miałam zamysł, ale w końcu uznałam, że nie wypada. Na mojej klawiaturze jest przycisk „Alt”, z którego korzystam.

Jolanta Bartoś, Leszno. 17 lipca 2016 r.