VFR25AZ przymrużeniem oka o tym, co dzieje się w Lesznie. Dziś temat wyjątkowy – Dzień Kobiet.

We wtorek 8 marca Zofia obudziła się z grymasem na twarzy. Roman jeszcze nie wrócił z nocki. Na szczęście – pomyślała Zofia – nie po to cały rok kobieta pracuje nad siły, stara się być dobrą żoną, pracownicą, obywatelem, by raz do roku dostać bukiet tulipanów lub pudełko czekoladek. To święto już dawno straciło swój sens, gdzie walka o równouprawnienie? O prawa kobiet? Dziś to już tylko komercja…

Zofia nie tylko czuła się, ale była kobietą wyzwoloną. Od poniedziałku do piątku ciężko pracowała na taśmie w jednym z zakładów przy ulicy Okrężnej. Ramię w ramię z mężczyznami. Nie jeden raz zdobyła tytuł pracownika miesiąca, zostawiając w tyle współpracowników płci przeciwnej. Fakt, była zamężna, ale to ona wbijała gwoździe w ścianę, aby powiesić nowy obraz, to ona, a nie mąż pomalowała sypialnie. Zresztą jej Roman miał dwie lewe ręce do każdej roboty.

Tego dnia oburzenie Zofii spotęgowała brzydka pogoda. Do pracy będzie musiała pojechać autobusem. Jak na złość, na klatce spotkała sąsiada spod czwórki. Jak zwykle szarmancko się ukłonił i otworzył drzwi – Dzień dobry sąsiadeczko – rozpoczął rozpromieniony pan Stefan – wszystkiego najlepszego z okazji…
Proszę się nie trudzić… – rzuciła krótko Zofia i czym prędzej skierowała się w stronę przystanku, nie zwracając uwagi na dalsze słowa pana Stefana.

Wśród ludzi czekających na autobus znalazł się kolejny sąsiad. Gdy zobaczył Zofię zaoferował jej miejsce na ławeczce – Nie, dziękuję, postoję – krótko odparła Zofia. Podczas wsiadania do autobusu objawił się kolejny matoł. Jakiś młodzieniec chciał przepuścić Zofię. Tylko zmierzyła go lodowatym wzrokiem.

Droga do pracy na szczęście minęła spokojnie. Żaden facet nie próbował jej dyskryminować. Nikt nie zaproponował miejsca siedzącego, nikt nie pozwolił jej wysiąść pierwszej na przystanku. Zofia wiedziała jednak, że to tylko cisza przed burzą. Miała rację. W pracy mężczyźni złożyli się na czekoladki i tulipany. Mimo takiego barbarzyństwa ze strony męskiej części załogi dzień minął w miarę szybko. Nawet pomimo 4 nadgodzin.

Niestety podczas powrotu do domu w autobusie linii „2” znalazło się kilku osobników, którzy chcieli się wykazać swoją „męskością”. Przepuszczanie, propozycja oddania miejsca. Te szowinistyczne banały po ciężkim dniu w pracy doprowadziły Zofię do kresu wytrzymałości…

Romana powinno już nie być – pomyślała mknąc w stronę bloku. W tygodniu, gdy mają odwrócone zmiany, prawie w ogóle się nie widują. Klatka, schody, klucz i już w domu. Nie myliła się. Męża już nie było. Naczynia w zlewie nie pozmywane. Stół upaćkany. Wanna brudna, zlew zatkany włosami po goleniu. W sypialni walały się brudne rzeczy Romana. Ani śladu prezentu na dzień kobiet – To ja piorę, gotuję, prasuję, zmywam, a on zapomniał! Nawet kwiatka nie kupił! Jak on mógł!