happyKilka dni temu dostałam maila od kolegi, którego nie widziałam już pięć lat. Kiedyś był moim współlokatorem. Wieczny kawaler szukający tej jedynej. Krzysztof wciąż jest sam. Ale pamiętam go, kiedy prawie fruwał pięć centymetrów nad ziemią. Był wtedy zakochany przez krótką chwilę, dopóki nie poznał prawdy.

Zwykła historia, jakich wiele. On poznaje ją, nawiązuje się nić porozumienia i przyjaźni i w końcu wchodzi do jego serca. Już nawet nie wiem, kto kogo poznał i jak to się zaczęło. Ale się zdarzyło…

Kiedyś, gdy był moim współlokatorem poznał kobietę na jednym z portali randkowych. Piękna dziewczyna, szybko zapukała do jego serduszka, a Krzysiek przestał mnie zauważać w domu. Wszystko toczyło się tak jak miało, dopóki ona nie przesłała mu swojego zdjęcia. A właściwie fotografii, na której jest cała jej sylwetka, bo jej twarz już widział. Krzysiek nie potrafił przez dobre pół godziny nacisnąć żadnego klawisza na klawiaturze. Ktoś zapyta, dlaczego?

Uważamy siebie za ludzi bardzo otwartych i akceptujących każdego. Raczej nikt z nas nie przyzna się do tego, że mógłby kogoś nie zaakceptować, a jednak….

Dziewczyna, która była na fotografii była karłem. Widzę minę Krzysia, jak bardzo go męczy ta sytuacja. On podjął decyzję i przyznaje się do tego, że nie potrafił tego zaakceptować, że nie umiałby być z kimś takim i jednocześnie ma wyrzuty sumienia z tego powodu.

Ten kac moralny utrzymywał się kilka tygodni. Nie był gotowy by z nią porozmawiać, nie potrafił nawet sobie wyjaśnić, jak może być taki małostkowy. Bo to jest taka fajna dziewczyna tylko, że jest… karłem.

Sama myślę o sobie, że w żadnym stopniu nie jestem rasistką. Choć przyznaję, że czasami jest mi trudno zaakceptować niektóre osoby, głównie z powodu wrogości, jaką emanują na otoczenie. Cóż, nie wszystkich da się lubić. Nie wszyscy muszą lubić mnie. Ale tu chodzi o inną inność. Czy potrafiłabym być z facetem, który jest karłem?

Nie. Bałabym się, że narażę się na śmieszność, albo pytania, czy nie było innych facetów, i dlaczego właśnie on…

Tak lubimy pokazywać na jak wiele nas stać podczas imprez charytatywnych. Ale to jest życie. To nie impreza, która skończy się za trzy lub cztery godziny i pójdziemy do domu zapominając o tych, którym tak chętnie pomagamy, o tych „innych”. Bo my jesteśmy normalni tylko to oni się różnią….Czyżby?

Moje dzieci chodziły do szkoły integracyjnej. Chciałam, by miały styczność z różnymi ludźmi, by nauczyły się pomagać i akceptować każdego. Wiem, że to potrafią. Kiedyś syn odwoził mnie na pociąg. Śnieg sypał niemiłosiernie. Zaparkował samochód przy stacji i pobiegł dalej na parking pomóc dwojgu młodym ludziom, którzy zakopali się w tworzących się szybko zaspach. Zapytałam, czy to byli jego znajomi. Odparł, że nie, ale jakby był na ich miejscu to też chciałby, żeby ktoś mu pomógł.

Czy ktoś, kto czyta te moje rozważania może z czystym sumieniem powiedzieć, że związałby się z karłem? Gdyby moje dziecko okazało się w jakiś sposób inne kochałabym je niezależnie od tego, jakie jest. Taki jest naturalny instynkt macierzyński. Rzadko się zdarza, że matka odrzuca własne dziecko. Więc nawet gdyby było karłem kochałabym je, ale tu chodzi o mój wybór. O mój świadomy wybór.

Historia Krzyśka dała mi do myślenia. Czuje się mała w swoich rozważaniach. Chcę by mnie uważano za wspaniałą osobę o dobrym i czułym sercu, ale sama przyznaję, że też nie umiałabym zaakceptować karła u swego boku. Mój kolega nadal jest sam. Dziś podjąłby taką samą decyzję, ale ta historia uświadomiła mu, że wcale nie jest takim fajnym facetem, jak o sobie myślał…

Powinnam dziękować Bogu za to jak wyglądam, za to, że jestem „normalna”. Ale czy na pewno normalna??? Czy akceptowana? Czy atrakcyjna w ocenie innych?

Jolanta Bartoś, Leszno, 31 stycznia 2016