20160605_175938Dobry trunek, cygaro i zero sportu. To właśnie Winstona Churchilla znany sposób na dożycie sędziwego wieku. Postanowiłem zastosować zamienniki owej dewizy, eliminując jednocześnie zerowy poziom sportu.

Dziś bardzo wielu z nas ma za sobą udział w zawodach biegowych zakończony otrzymaniem pamiątkowego medalu. Zdarza się, że szybko ulegamy rutynie i szukamy nowych bodźców. Przykłady takie jak: biegi z przeszkodami, sztafety, czy goniąca meta można by mnożyć. Mój pomysł na ucieczkę od rutyny to start za granicą, w miejscu wcześniej niepoznanym. Nie tylko względy ekonomiczne i geograficzne (te również, gdyż bliżej dosłownie się nie da), ale także walory historyczne zadecydowały o wyborze miasta – Goerlitz. Mijając w drodze tabliczki miejscowości Krzywa, czy Wierzbowa odnosiłem wrażenie, że krążę po leszczyńskich ulicach. Do wyboru była alternatywna trasa przez Leszno Górne i Dolne. Jakże miłe dla ucha nazwy miasteczek.

Program zawodów nie różnił się szczególnie od rozgrywanych na terenie kraju. Wieczorne spotkanie przy makaronie, skromne targi sportowe, itp. (poza droższym wpisowym i uboższym pakietem startowym – w którym obok numeru odnalazłem trzy foldery bez słowa w języku polskim, rzecz jasna, organizatorzy nie zapomnieli dorzucić czterech agrafek do przymocowania numeru – nie udało się pokonać rutyny).

Nawiązując do tytułu, nie samym bieganiem człowiek żyje. Szybko znalazły się setki powodów, dla których warto było się wybrać do Goerlitz. Zadziwiającym jest fakt, że przewodniki po Niemczech, a tym bardziej po Saksonii, przeważnie tylko wzmiankują o tym przepięknym mieście. Zgodnie z turystycznym standardem odwiedziłem grób Jakuba Boehme, pochowanego na miejscowym cmentarzu w 1624 roku. W zgodzie ze swoją pasją namówiłem żonę Karolinę do spaceru szlakiem miejskich pomników. Nie musiałem przed ukochaną ukrywać, że udział w zawodach był przykrywką dla sprawdzenia co potrafią niemieccy rzeźbiarze. Nasyciłem swą duszę podróżnika do pełna.

Nazajutrz nastał moment startu. Wybrany przeze mnie dystans pół-maratoński nie cieszył się tak wielkim powodzeniem jak choćby dystans 10 km, czy maraton. Wystartowaliśmy w liczbie około 300 biegaczy. Na trasie zespoły muzyczne i lokalni mieszkańcy chętni poczęstować wodą. Także podczas biegu pasja wzięła górę, co dowodzi, że bieganie jest dla niemal każdego pasjonaty, a nawet potrafi uzupełniać się z hobby. Tak stało się w moim przypadku.

Na 18 kilometrze trasy minąłem kamień, który według legendy ustawiony miał być w miejscu popełnionego morderstwa. Nie udało mi się dotrzeć do dokładniejszych informacji o nim. Trudno nawet ustalić datę jego pojawienia się. Nieco dalej znajdowało się popiersie Goethego. Mimo, że czasowy rezultat wisiał nade mną niczym miecz Damoklesa, rzecz jasna ważniejsza była pamiątkowa fotka! W pobliżu niezwykłego popiersia wyjątkowej osoby zlokalizowany był patrol niemieckich służb porządkowych, od których otrzymałem gromkie brawa, zupełnie jakby odczytali w moich zmęczonych już trudami trasy oczach, że jestem „łowcą” pomników. Śmiem zaryzykować, że pierwszy na mecie zawodnik nie otrzymał większych braw, aniżeli ja od „porządkowych”, choć ustalić tego nie miałem możliwości.

Nareszcie nastał moment przekroczenia mety. Po kilku minutach wręczony został dyplom, co dla mnie stanowiło nowość. Na żadnych zawodach, w których brałem udział, takowego nie otrzymałem.

Wymiana pozdrowień z rywalami, spożycie zagwarantowanych przez organizatora napojów oraz owoców i przygoda z dosłownym odbieganiem od rutyny dociera do końca.

Kilkugodzinna obserwacja miasta pozwoliła mi na porównanie go z Lesznem. A podobieństw jest kilka: kataryniarz na starym mieście, park z popiersiem botanika – podróżnika, a idąc dalej w szczegóły, popiersie Humboldta odsłonięte – a jakże – w niedawno wzmiankowanym przez redaktora portalu roku 1871!

A zatem, żeby nie powtarzać za Churchillem, napiszę: dobry pomnik, weekend i porcja sportu! Oto mój plan na życie dłuższe od statystycznego.