Świat bez internetu

Świat bez internetu

Kilka dni temu przekonałam się, że człowiek bez internetu może żyć. Co prawda poczułam się poirytowana, gdy okazało się, że mój dostawca nic więcej nie może, żeby zaspokoić moje potrzeby. A potem było mi już wszystko jedno. Zostałam odcięta nie tylko od dobrych, ale i od złych wiadomości, a te zazwyczaj dominują w mediach. Tak sobie myślę, że jeszcze dwadzieścia lat temu świat wyglądał inaczej. Nikogo nie denerwował brak Internetu. Nawet brak telefonu nie był tragedią. Zresztą teraz, jak na ironię losu, właśnie posiadanie komórki jest tragiczne. Umawiasz się na spotkanie, a ta osoba co dwie sekundy sprawdza, czy nie dostała wiadomości. O kontakcie wzrokowym raczej możesz zapomnieć. A jak, nie daj boże dostanie wiadomość, to cały świat przestaje istnieć. Jadąc kiedyś pociągiem do Wrocławia, chyba w Rawiczu usiadła naprzeciw mnie para. Facet widać zmęczony swoją wybranką, ona nałogowa fejsomanka. Od razu wyciągnęła komórkę i w dwie sekundy sprawdziła co się dzieje, po czym pokazuje chłopakowi komórkę ze stwierdzeniem – Zobacz, nie było mnie 20 minut na fejsie! Przewróciłam wymownie oczami, powstrzymując się od komentarza. Przez resztę drogi facet odezwał się dwa razy, próbując nawiązać namiastkę rozmowy. Myślę, że gdyby nawet oświadczył jej, że jest w ciąży z inną, to sprawdziłaby na fejsie, czy to prawda. Trochę celowo nie mam Internetu w komórce. Bo w tym małym telefonie mamy wszystko. Począwszy od książki telefonicznej, numerów do kont, kalkulatorów, zdjęć i filmów niekoniecznie „grzecznych”, a skończywszy na tym, że jest to mały komputer. I teraz mam zadanie dla odważnych. Załóżmy, że Wasza komórka padła, a musicie się dostać do Warszawy, na ulicę Czerwonego Kapturka. (Zapewniam, że w stolicy jest taka...
Nazywamy Leszno

Nazywamy Leszno

W okresie cesarstwa w prowincjonalnym miasteczku Rzymskim nie znano numeracji budynków i nazw ulic. Sytuacja ta powodowała wiele problemów w życiu codziennym. W tym zagmatwanym labiryncie uliczek bez tabliczek i numerów z trudem odnajdywano swoje domy. Nie raz bywało tak, że do własnego domu wracano dopiero nad ranem… Leszno przeżywa właśnie prawdziwy tabliczkowy renesans. Ku mojej radości park przy (za) budynkiem Teatru Miejskiego staje się w świadomości mieszkańców Parkiem Leszczyńskich Satyryków. Małą lekcję historii znajdziemy w parku od strony ulicy Frankiewicza, gdzie przybliżona została postać jednego z patronów. Podobnie stało się z wieloma innymi miejscami w Lesznie. Tablicę pamiątkową otrzymał także znany przedwojenny adwokat Adam Ruszczyński. Znajduje się ona przy ulicy jego imienia. Nazywanie przestrzeni publicznej odgrywa niezwykłą i ważną rolę. To w końcu lekcja historii, której świadkami są dorastające dzieci, ale i dorośli. Pragnę przedstawić kilka bezimiennych miejsc na mapie miasta. Są wśród nich ronda, parki, mniejsze zieleńce (skwery), zaułki, czy przesmyki. Z pewnością każdy ma gotową listę wymarzonych patronów i bez problemu rozpozna miejsca oczekujące swych tabliczek! Jakie są Wasze...
Parking zamiast placu zabaw

Parking zamiast placu zabaw

Czy na Waszym osiedlu są place zabaw dla dzieci? Nie pytam o te przy szkole, zadbane i ogrodzone. Na moim osiedlowym blokowisku nie uświadczysz huśtawki, czy piaskownicy. A tereny zielone zmieniają się za zgodą mieszkańców w wybetonowane parkingi. Te niewielkie połacie trawników, które się jeszcze gdzieś zachowały co kawałek przyozdabiają tabliczki z napisem „Szanuj zieleń”. Rano jakiś pan szalał z piłą motorową wycinając tu i ówdzie zbyt wysokie krzaki. A co z naszymi milusińskimi? Czy mają biegać pomiędzy samochodami kopiąc piłkę? W czasie świąt odwiedziłam moje rodzinne strony. Moi rodzice wciąż mieszkają w tym samym bloku. Mają w większości tych samych sąsiadów, których znam od dzieciństwa. Nawet krajobraz za oknem nie zmienia się za bardzo. Z każdym rokiem przybywa tylko samochodów i nie ma gdzie parkować. Ale wciąż jeszcze jest boisko do siatkówki i trzy place zabaw, na których w ubiegłym roku postawiono nowe huśtawki, karuzele i drabinki. Zadbane, wykoszone trawniki, na których nie można się bawić i wielkie napisy na ścianach bloków „Zakaz gry w piłkę”. Smutne. Gdy byłam dzieckiem nikt nam niczego nie zabraniał. Biegaliśmy gdzie tylko było można. Tam, gdzie nie – również. Ale i tak najlepszym miejscem do zabawy był trzepak i stara zdezelowana syrenka. Dziś świat się zmienia. Coraz mniej w nim też miejsca dla dzieci. Nawet jeśli zbyt głośno krzyczą pod blokiem, to najpewniej znajdzie się ktoś, kto je zaraz uciszy. Oczywiście te młodsze dzieci, bo w tych starszych nie ma co zaczepiać, ponieważ można dostać wiązankę zwrotną. Wiem, że nie każdy lubi dzieci. Niektórzy okazują to w taki sposób, że nie warto o tym pisać. Wiem, że hałas może być uciążliwy. Ale...
Podróż w czasie

Podróż w czasie

Wierząc, że do podróży w czasie niezbędna jest czerwona kamizelka a’la Marty McFly, pakuję ją do torby i ustawiam datę „Stare Leszno”. Pierwszą stacją jest Plac Rynkowy, zwany wcześniej Wielkim Rynkiem, a obecnie po prostu Rynkiem. Przy kamienicy z numerem 16 mogę przywiązać konia, główny środek transportu dawnych czasów. Umożliwia to znajdujące się przy budynku metalowe kółko. Nad wejściem widnieje data 1635, zatem mając odrobinę szczęścia, mogę zastać (według tradycji) gospodarza domu, nadwornego lekarza właścicieli miasta – Leszczyńskich, botanika i podróżnika – Jana Jonstona. Przemieszczam się bardziej w czasie aniżeli w terenie, lądując na wychodzącej z – zachodniego naroża rynku ulicy Kościańskiej (dziś Gabriela Narutowicza) pod numerem 47. Wybieram datę 1877 i obserwuję pracę architekta Grunwalda, by w kolejnym roku ujrzeć ukończoną willę. Po kolejnych 8 latach willa zmienia właściciela. Radca komisyjny sprzedaje budynek prokuratorowi Plucińskiemu, na którego zlecenie willa zostaje rozbudowana. Pojawia się także kartusz z herbem rodziny Plucińskich – herb Odrowąż. Nad Rowem, Nad Szerokim Rowem, Kupiecka lub Szeroka Kupiecka, to kolejny punkt na mapie. Szerokość i funkcja handlowa stały się wyznacznikami nazwy owej ulicy. Obecnie patronuje jej Bolesław Chrobry – największy, bądź jeden z największych, władców Polski. Na wysokości obecnej parafii św. Jana odsłonięto tu w roku 1898 pomnik Jana Amosa Komeńskiego. Na dwumetrowym cokole z bawarskiego granitu znajduje się odlane z brązu popiersie kaznodziei braci czeskich. Mam to szczęście, że autor pomnika sygnuje swe dzieło datą roczną i podpisem. Alfred Reichel zapisuje się w historii Leszna. Podróż nabiera tempa, tym razem czasowego. Przeskakuję kilka metrów i 245 lat. Rok 1653, z którego pochodzi nietypowy zegar. W słoneczne dni korzystać z niego mogą wszyscy zegarkowi zapominalscy....
Nieuczciwość pracodawców w świetle prawa

Nieuczciwość pracodawców w świetle prawa

Idąc do pracy chcemy wierzyć, że pracodawca jest uczciwy. Tym bardziej, jeśli kieruje nas tam Urząd Pracy. Niestety są to tylko mrzonki. Nieuczciwy pracodawca nie będzie miał skrupułów, aby podać fałszywe oświadczenie. Co jakiś czas zmagałam się z problemem braku pracy. Mimo, że na rynku leszczyńskim nie brakuje ofert, to nie były to propozycje, które zaspakajały moje ambicje. Powiatowy Urząd Pracy tylko z nazwy jest organem pomagającym w znalezieniu zatrudnienia. Chyba jedyną jego pożyteczną działalnością jest wypłacanie zasiłków ludziom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej. Natomiast jeśli chodzi o propozycje pracy, to należy się liczyć z tym, że nie zawsze będą one rzetelnie przygotowane i sprawdzone. Uważałam, że rejestrując się w PUP oferta pracy będzie uczciwa. Nic bardziej mylnego! Sprawdziłam w Powiatowym Urzędzie Pracy, jakie są zasady przyjmowania ofert od pracodawców i czy są jakieś ograniczenia. Pani Renata Nowicka, Kierownik Działu Usług Rynku Pracy wyjaśniła, że pracodawca zgłaszając ofertę do Urzędu Pracy dostaje do wypełnienia kilka druczków i jego oferta musi spełniać podstawowe wymagania. Nie może dyskryminować w jakikolwiek sposób kandydata starającego się o pracę. Ponadto Urząd Pracy może nie przyjąć oferty pracy od pracodawcy, który w okresie 365 dni przed dniem zgłoszenia oferty pracy został skazany prawomocnym wyrokiem za naruszenie praw pracowniczych lub jest objęty postępowaniem wyjaśniającym w tej sprawie. Ale jedynym źródłem informacji jest oświadczenie pracodawcy. Urząd nigdzie nie weryfikuje takich deklaracji. Dzięki takiemu zaniedbaniu dostałam ofertę do zakładu pogotowia krawieckiego, prowadzonego przez Arkadiusza W. przy ulicy Zielonej 28. Propozycja obejmowała umowę z najniższym wynagrodzeniem. Niestety kończył mi się zasiłek wypłacany przez PUP, a wielu pracodawców, u których się zgłaszałam dyskwalifikowało mnie ze względu na wyższe wykształcenie. Musiałam mieć...
Sztuka zapisana na skórze

Sztuka zapisana na skórze

Ta maksyma nie ma znaczenia sentymentalnego, robi to, bo mu się podoba. Dokładnego znaczenia sentencji nie umie wyjaśnić. Wie, że jest to coś o wojnie, bogu i wierze, ale dokładniej, to musiałby poszukać w internecie. Coraz częściej spotykamy ludzi, którzy mają tatuaż. Coś, co jeszcze do niedawna było postrzegane, jako symbol świata przestępczego czy przynależności do gangu lub subkultury, dziś stało się powszechne i akceptowane. Dla wielu młodych ludzi jest formą ekspresji własnych myśli i zwrócenia na siebie uwagi. Zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej Dominik Kielaszewski zajmuje się tatuażem odkąd pamięta. Pierwsze zabawy, bo tak trzeba je nazwać, to były czasy szkoły podstawowej. Najczęściej w tajemnicy przed rodzicami, chowanie się gdzieś po piwnicach, testowanie maszynki własnej roboty. Kolejne tatuaże wychodziły coraz lepiej i było większe zainteresowanie, więc postanowił zająć się tym na poważnie. Dziś Dominik ma własne studio. Czyściutkie, jasne, nowocześnie urządzone. Byłam mile zaskoczona, gdy pierwszy raz odwiedziłam jego gabinet. Nie spodziewałam się speluny, ale ten widok był pozytywną niespodzianką. Pasja Dominika, jaką jest rysunek, a zwłaszcza dostrzeganie w nim detali, światła i cieni sprawiły, że najważniejszy warunek miał opanowany. Tatuaż, to nie jest kalkomania, nie wystarczy rysować kontury. Dziś stał się sztuką. Specyficznym obrazem malowanym na nietypowym materiale, jakim jest żywa skóra. Oczywiście nie każdy klient chce mieć rysunek, czasami są to napisy, sentencje. Czasami tatuaż jest prosty, ale często bywa też prawdziwym wyzwaniem. Zwłaszcza, jeśli chce się osiągnąć efekt 3D. Taki tatuaż niezależnie od tego, czy jest kolorowy, czy czarno szary wygląda bardzo realistycznie. Pierwszy raz Teresa Skałecka ma 20 lat, o zrobieniu tatuażu myślała odkąd skończyła szesnasty rok życia. Dziś jest ten dzień, kiedy...
Historia jak z filmu, czy heppi endu nie będzie

Historia jak z filmu, czy heppi endu nie będzie

Kilka dni temu dostałam maila od kolegi, którego nie widziałam już pięć lat. Kiedyś był moim współlokatorem. Wieczny kawaler szukający tej jedynej. Krzysztof wciąż jest sam. Ale pamiętam go, kiedy prawie fruwał pięć centymetrów nad ziemią. Był wtedy zakochany przez krótką chwilę, dopóki nie poznał prawdy. Zwykła historia, jakich wiele. On poznaje ją, nawiązuje się nić porozumienia i przyjaźni i w końcu wchodzi do jego serca. Już nawet nie wiem, kto kogo poznał i jak to się zaczęło. Ale się zdarzyło… Kiedyś, gdy był moim współlokatorem poznał kobietę na jednym z portali randkowych. Piękna dziewczyna, szybko zapukała do jego serduszka, a Krzysiek przestał mnie zauważać w domu. Wszystko toczyło się tak jak miało, dopóki ona nie przesłała mu swojego zdjęcia. A właściwie fotografii, na której jest cała jej sylwetka, bo jej twarz już widział. Krzysiek nie potrafił przez dobre pół godziny nacisnąć żadnego klawisza na klawiaturze. Ktoś zapyta, dlaczego? Uważamy siebie za ludzi bardzo otwartych i akceptujących każdego. Raczej nikt z nas nie przyzna się do tego, że mógłby kogoś nie zaakceptować, a jednak…. Dziewczyna, która była na fotografii była karłem. Widzę minę Krzysia, jak bardzo go męczy ta sytuacja. On podjął decyzję i przyznaje się do tego, że nie potrafił tego zaakceptować, że nie umiałby być z kimś takim i jednocześnie ma wyrzuty sumienia z tego powodu. Ten kac moralny utrzymywał się kilka tygodni. Nie był gotowy by z nią porozmawiać, nie potrafił nawet sobie wyjaśnić, jak może być taki małostkowy. Bo to jest taka fajna dziewczyna tylko, że jest… karłem. Sama myślę o sobie, że w żadnym stopniu nie jestem rasistką. Choć przyznaję, że czasami jest mi...